Słowa

Korona

– Od kiedy przestaliśmy ze sobą rozmawiać?

Wyrzuciła to pytanie w przypływie chwilowej słabości, nie licząc na odpowiedź. Nie chodziło wcale o to, że ze sobą milczeli – wręcz przeciwnie. Karmili się słowami aż do przejedzenia, mówili, a ich słowa odbijały się od ścian albo kruszyły w ustach. Pozbawione smaku, pozbawione znaczenia. Nic nie znaczące dźwięki. Czy w rozmowie nie chodzi o to, żeby być w pełni skupionym? Ciekawym drugiego człowieka i jego historii? Nie lubiła drążyć tematu i wychodzić na zołzę. Przecież miała wszystko to, o czym marzą dorośli: drzwi, do których pasuje klucz z napisem „własne mieszkanie”, ściany ozdobione wspomnieniami z wakacji – opalone twarze rozjaśnione uśmiechem błogiego lenistwa. Stabilną pracę (co za dorosły epitet), względnie stabilne zdrowie. Stojak na wino, żakardowe firany, nowoczesną lodówkę. Odpowiedzialne i ułożone życie. Spełnione marzenie dziadków. Marzenie rodziców.

Nie liczyła na odpowiedź, ale nie mogła znieść ciszy.

– Korona ci z głowy nie spadnie, jeśli przyznasz, że się kończymy.

Podeszła do okna i odsunęła zasłony. Miasto wystroiło się na nadejście wiosny w napęczniałe zielenią trawniki i rozchylone usta pierwszych, nieśmiałych pąków na drzewach. Przyroda budziła się do życia według stałego harmonogramu, obojętna na zniekształcające współczesny świat zmiany. Pochylona nisko wierzba, której długie, chude ramiona sięgały krawężnika – jakby zatrzymane w ukłonie. Smukła brzoza, o tej porze jeszcze naga, ale wyprężona dumnie w stronę marcowego nieba. Kobaltowy ogon sroki wystający z gniazda, przysiadające na parapecie popielate gołębie. Ptaki wyśpiewywały swoje wiosenne melodie, nie zwracając uwagi na milczące, wyludnione ulice.

– Zaparzę nam herbaty.

W milczeniu przeszli do kuchni. Usiadła przy stole, podwijając kolana pod brodę. Obserwowała jego ruchy, kiedy nasypywał poskręcane listki do brzuchatego dzbanka, włączał gaz i stawiał na kuchence pokryty emalią czajnik.

– Czy to nie dziwne? – zapytała – że wszystkie czynności nabierają innego znaczenia? Przybierają na wartości? Wyjście na spacer z psem. Zaparzenie herbaty. Telefon od bliskiej osoby. Zakupy. Rozmowy.

Wzruszył ramionami, drapiąc się po zaroście. Dobrze znała ten powracający nawyk – wyrywanie pojedynczych włosków z brody.

– Szybko akceptujemy zmiany. Jakoś to przeżyjemy.

– Nie lubię słowa „jakoś”. Potrzebuję konkretów.

– To nie jest czas na konkrety. To czas, w którym czekamy.

– Nie wiemy nawet, na co.

– Na to, co będzie dalej.

Nalał do dzbanka wrzątku, który zabarwił się na słomkowo i wyciągnął z szafki nad zlewem dwa identyczne kubki. Pozornie identyczne, pomyślała, jeden miał wyszczerbione ucho. Wróciła wtedy ze sklepu z siatką pełną zakupów, on stał w tym samym miejscu co teraz, z książką i pustym kubkiem. Jak dobrze, że jesteś, powiedział i zabrał od niej zakupy, a potem pocałował w usta (tak, kiedyś to często robił). Zarumieniła się jak nastolatka, wspominając tamten wieczór w kuchni – przewróciła ręką kubek w przypływie namiętności. Boże, czy to było aż tak dawno? Wciąż byli przecież młodzi. Przejechała palcem po uszkodzonej powierzchni naczynia, łagodnie, jakby dotykała rannego człowieka.

– Zagrajmy w coś – zaproponowała, choć bez przekonania w głosie.

– W co chcesz zagrać?

– Mamy chyba tylko Scrabble. Leżą gdzieś zakurzone.

– Poszukam – wstał od stołu – a ty nalej herbaty.

Wrócił po kilku minutach z tryumfalnym uśmiechem na twarzy. Rozłożył przed nią kwadratową planszę i wyciągnął zielony woreczek. Odsunęli na bok kubki z parującą herbatą.

– Zaczynaj – w jego głosie wyczuwała podniecenie. Pomyślała, że jedyna gra, w jakiej doszli do perfekcji, to udawanie szczęśliwych, przed sobą i przed innymi.

Włożyła dłoń do woreczka i wylosowała siedem płytek z literami. Ułożyła je w rzędzie, na plastikowym stojaku. Kiedyś potrafili grać w planszówki godzinami. Deszcz bębnił w dach letniskowego domu, który wynajmowali przy plaży, on otwierał wino, ona kroiła sery i rozkładała je na talerzu razem z błyszczącymi winogronami. Muzyka sączyła się z głośników i wypełniała dom spokojem. To wszystko wydawało się wtedy takie zwyczajne. Przewidywalne. Proste. Pomyślała o tym, jak wyglądają teraz ulice w nadmorskich miasteczkach. O pustym domu przy plaży, który wciąż na nich czeka. Gdyby mogła być gdzieś indziej, byłaby teraz nad morzem. Bosymi stopami odgarniałaby ciepły od słońca piasek. Obserwowała powolny taniec chmur. Odsłaniała ramiona. Wchodziła w zimne ciało Bałtyku, pozwala się nieść falom.

Litery, które ułożyła przed sobą zakłuły ją nagle w oczy. Przeniosła pięć płytek na planszę. Westchnęła.

– Twoja kolej.

Wpatrywali się w milczeniu w utworzone przez nią słowo. Nie wiedziała, co powiedzieć. On nie podnosił wzroku.

– Otworzę wino – postanowił.

– W lodówce są chyba sery.

– Może włączę muzykę?

– Tak, byłoby miło.

Zielony kwadrat planszy przecięty jednym hasłem. Pięć niepozornych płytek. Małe litery. R A Z E M.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply