Słowa

365 dni

Do niedawna, kiedy pytałeś mnie, czym jest miłość i po czym ją poznaję, odpowiadałam z lekkim trudem, że miłość jest wtedy, kiedy martwisz się o drugą osobę i wiele jesteś w stanie dla niej zrobić, bez zastanowienia i nie licząc na rewanż. Głupia byłam, bo i moja miłość była głupia. Nie wiedziałam, że cię kocham tak do końca, bo początkowo kochałam przede wszystkim siebie. Mój hologram rzucany na ścianę zakochanym spojrzeniem mężczyzny. Kochałam swoje szczęście u twojego boku, kochałam przyjemność, którą mi dawałeś pocałunkami i poczucie bezpieczeństwa, kiedy leżałam zwinięta najciaśniej pod tarczą twoich ramion. Kochałam smak nocnych rozmów przy winie i swój policzek pod dotykiem twojej skóry. Siebie kochałam nieustannie, egoistka. Kochałam swoje uczucie do ciebie i dopiero niedawno zrozumiałam, czym tak naprawdę jest miłość.

Zaczynam się martwić. Ale nie jest to przykre zamartwianie, paraliżująca umysł trwoga. To przyjemne ciepło, rozchodzące się po ciele, bo chociaż się boję, wiem, że boję się o ciebie, że mój egocentryzm nareszcie został przykryty warstwą kurzu, że jestem gdzieś na szarym końcu listy powodów do zmartwienia. Kiedyś, kiedy jeszcze nasze uczucie rozciągnięte było na płaszczyźnie kolejowych torów, pytałeś, czy o tobie myślę. Odpowiadałam, że tak, nieustannie, ale dopiero teraz wiem na pewno, że nie ma chwili, ułamka sekundy, kiedy nie stoisz tuż obok, kiedy nie oplatasz dłońmi moich skłębionych – bo kobiecych – myśli. Człowiek kocha właśnie wtedy, gdy to sobie uświadomi, gdy dotrze do niego ta prosta prawda, że nie będzie już nigdy autonomiczną jednostką, że już nie działa w pojedynkę, bo ktoś inny w nim zamieszkał. Ty we mnie zamieszkałeś. Początkowo w mojej głowie, a teraz mościsz się wygodnie w moich płucach, krwi, sercu, włosach, zmarzniętych palcach u rąk. Wypełniasz mnie od stóp po czubek głowy, więc pytam: jak mogłabym o tobie nie myśleć?

Teoretycznie nic się nie zmieniło. Wyglądam tak samo, w ten sam sposób przybywa mi lat i może dorastam, może dojrzewam, może trochę inaczej smakuję, ale dom ten sam, przyjaciele ci sami, chociaż rozproszeni po Polsce. A jednak patrzę na siebie w lustrze i zauważam coś dziwnego. Patrzę, wpatruję się, nie mrugam. Oczy zachodzą mi łzami od intensywnego patrzenia, ale nie mogę oderwać wzroku od tej nieoswojonej inności. Dotykam włosów, marszczę nos, oblizuję usta. Ja-nieja. Czegoś ewidentnie brakuje. Biust na miejscu. Tyłek? Tyłek jest, może trochę większy niż wczoraj (kobieca przypadłość), ale rażącej różnicy w położeniu nie widać. Nogi proste, kolana sterczą niepewnie, stopy wykrzywione lekkim skurczem od zimna. Przykucam, maleję i przypomina mi się bajka – historia dziewczynki, która malała i rosła. I już wiem. Teoretycznie nic się nie zmieniło. A jednak wyglądam inaczej, kiedy nie widzę za sobą twojego miękkiego odbicia.

Mężczyzno mojego życia. Czy wiesz, że tworzysz kobietę od nowa? Kształtujesz ją, budzisz w niej demony na zmianę z łagodnością spojrzenia. Uspokajasz, pobudzasz. Uczysz i sprawiasz, że chce być uczona. Uzależniasz. Pomagasz. I najważniejsze: jesteś.

365 dni. Wystarczyło, bym nie chciała spędzić kolejnych bez ciebie.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Karolina
9 miesięcy temu

Niby ta sama, a jednak inna… Miłość nas zmienia, czy tego chcemy, czy nie. 🙂