Codzienność

Post próbny

Post próbny w celu sprawdzenia, czy jeszcze potrafię pisać.

25 lutego napisałam w pamiętniku:

Co mówić, kiedy brakuje słów? Kiedy słowa nie wystarczają? Strach, którego nie powinno być. A jest. Boję się mówić, bo potrzeba nam słów ważnych, rozważnych, pomocnych. Odpowiednich. Boję się mówić, ale nie mogę milczeć. Milczeliśmy zbyt długo.

Nie potrafię się skupić. Na niczym. Na nikim. Na książce, na muzyce, a wczoraj – na pracy. Siedzę w kawiarni i samo bycie tutaj wydaje się abstrakcyjne. Może nawet – nieprzyzwoite. Co jakiś czas odsłuchuję wiadomości od P., a pomiędzy nimi – przysłuchuję się ludziom. Tak, rozmawiają o wojnie. Pijąc kawę. Jedząc ciasta. Normalne życie – jeśli przymiotnik normalny ma jeszcze jakieś znaczenie.

Dwa lata temu, w lutym, świat, który znaliśmy – pękł. Od tamtej chwili pęknięcie świata nieustannie się powiększa. To, co pamiętam z dawnych, „bezpiecznie nudnych” czasów wydaje się dziś luksusem. Wolność, beztroska, bezpieczeństwo. Czy na to zasługujemy?

Z rzeczy dobrych: wczoraj przyjechała S. i przywiozła pączki, z których wypływało słonawe, pistacjowe nadzienie. Zaparzyłam dzbanek herbaty i zjedliśmy we trójkę tłustoczwartkową kolację, ociekającą lukrem. Te pączki. Akurat wczoraj. Najbardziej absurdalny kontrast. A później – później długo rozmawiałyśmy z G. i P. (P., która jest w Kijowie)

7 kwietnia dodałam:

Uch, minęło trochę czasu, odkąd napisałam ostatnie zdanie. Co się działo? Trudno mi znaleźć słowa, bo odpowiednich słów zawsze będzie brakować, kiedy mowa o wojnie.

8 maja siedzę w tej samej kawiarni. Zastanawiam się nad słowami. Czy już osiadłam na mieliźnie?

Może tylko mi się wydaje, że kiedyś to potrafiłam. Układać słowa w zdania, które miały dla kogoś sens. Może tylko mi się wydaje, że pisałam już w dzieciństwie. Że ta jedna rzecz od zawsze była jak azyl. Jak dom. (Gdybym potrafiła pisać, pisałabym codziennie. To logiczne, prawda?)

Siedzę w kawiarni, a z głośników płyną włoskie przeboje. Powiedziałabym: przypadek. Ale w przypadki nie wierzę. Lorenzo Fragola przypomina o wakacjach na plaży, Umberto Tozzi bez końca wyznaje ti amo. Świra masz z tymi Włochami, słyszę czasem od znajomych. Zaryzykuję stwierdzenie, że to bardzo ładny świr. (Tak, zjadłam wczoraj millefoglie z kremem pistacjowym, a później poszłam do kina na dokument o Modiglianim)

Siedzę w kawiarni i myślę o słowach, których boleśnie brakuje. Dlaczego tak trudno robić to, co sprawia mi przyjemność? I dlaczego kawiarnie? Nie potrafię w domu. Potrzebuję szumu rozmów. Odgłosu mielonej kawy. Potrzebuję ludzi, którzy wchodzą, zamawiają, wychodzą. Potrzebuję widzieć ruch. Potrzebuję czuć życie? Ależ to banalnie brzmi. (A poza tym: teraz w głośnikach „Dancing Queen” zespołu ABBA i nogi tańczą pod stołem, i wcale nie jest mi wstyd)

Oprócz mnie mężczyzna z laptopem. Bardziej pracuje, niż tworzy. Jest też inny mężczyzna z klasycznym, pięknym notesem, w którym zapisuje zdania – równie klasycznym piórem. Widzę z daleka drobne szlaczki. Nieregularne linie. Poezja? Pamiętnik? Ta zagadka mnie fascynuje. (Nigdy nie poznam odpowiedzi)

Śniło mi się dzisiaj, że pytałeś o pisanie. A ja odpowiedziałam, że już pisać nie potrafię. Jeśli sny mają znaczenie, to jak mam odczytać ten?


M.

Previous Post

You Might Also Like

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Zuzia
Zuzia
2 miesięcy temu

Marta, trafiłam na Ciebie przypadkiem – studiowałam z P. a on polecił kiedyś Twój blog. Sprawdziłam i się nie zawiodłam. Lubię sposób w jaki piszesz, lekkość i prostotę przekazu. To dla mnie chwila oderwania od codzienności, spojrzenie na świat przez twoje okulary. Widzę w nim sporo podobieństw. Nie poddawaj się, pisz dalej. A sny…może to był znak, żeby wbrew wszystkiemu jednak pisać…