Codzienność

Będzie dobrze

A tym szybem zjeżdżałem w dół. Mówi tata, poruszony. To była moja kopalnia.

Stalową wieżę wyciągową widać już z daleka.

Wyobrażam sobie tatę w kopalnianej szatni, gdzie na łańcuchach zakończonych hakami wiszą ubrania na zmianę. Tatę pobierającego niezbędny ekwipunek: blaszkę nazywaną przez górników „marką”, która stanowi dowód, że pracownik danego dnia zjechał w dół. Maskę przeciwpyłową, aparat ucieczkowy i lampę z akumulatorem, przechowywane w lampowni. Tatę w górniczym hełmie czekającego w nadszybiu, by zjechać na dworzec kolejki podziemnej. I w końcu – wyobrażam sobie tatę znikającego w ciemności, którą zna tylko ten, kto przebywał pod ziemią.

Szyb kopalniany przypomina mi przełyk, podrażniany monotonnym ruchem w górę i w dół. Nic dziwnego, że czasami Ziemia musi odkaszlnąć. Nic dziwnego, że czasami odbija się jej człowiekiem.

Spod kopalni ruszamy dalej, na Stare Osiedle, gdzie mieszkali dziadkowie, tata i jego brat. Od razu zauważam zmiany – osiedle jest kolorowe. Z dachów zniknęły kominy, ze ścian łuszczący się tynk. Szarość bloków rozcięta pasami w kolorze bursztynu. Wymienione szyby w oknach, zamiast firanek rolety. Na parapetach bluszcze, draceny, skrzydłokwiaty, monstery. Dziury w chodnikach załatane, wygładzony asfalt ulic, wyczyszczone szyldy sklepów i zakładów fryzjerskich. Na bramie prowadzącej do osiedlowego targu wisi plakat z uśmiechniętą twarzą i hasłem: BĘDZIE DOBRZE.

O, tu był mięsny. Tam apteka i sklep rybny. Mama odtwarza w głowie dawną mapę osiedla, dopasowując do kolejnych fragmentów nieistniejące punkty.

Tata wskazuje dłonią świeżo odnowiony blok. Tutaj mieszała dziewczyna, która mi się podobała. Kiwam głową z zaciekawieniem, ale wzrusza ramionami. Nie ma o czym mówić, wybrała kolegę. Za to w bloku obok – zniża głos teatralnie, więc wyczuwam, że za chwilę powierzy mi tajemnicę. W bloku obok mieszkała Ruba, która sprzedawała słoniol. Słonecznik czyli. Sypała nam ziarenka bezpośrednio do kieszeni, odmierzając porcje metalowym kieliszkiem. Całe osiedle chodziło po ten słonecznik do Rubej. Wystarczyło zapukać do mieszkania na parterze, żeby przez drzwi wysunęła się pulchna, kobieca dłoń. Jasne, że nielegalnie. Kto się tym wtedy przejmował. Interes, którego nie było – a każdy wiedział, że jest.

Kiedy dochodzimy do Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, przystaję zaskoczona rozmiarami stadionu, placu zabaw i czekającego na zimę lodowiska.

Wszystko wygląda na zbyt małe: skurczony po praniu świat. Wspinam się na trybuny i czuję uścisk w gardle. Nie odwiedzałam tego miejsca od ponad dwudziestu lat. Kim byłam, kiedy stałam na trybunach po raz ostatni? Czy wyrosłam na osobę, którą chciałabym być? Przez moment wędruję wzrokiem po obręczy stadionu. Przez chwilę mam wrażenie, jakbym zatoczyła krąg.

Ostatni punkt programu: ogródki działkowe. Tutaj nic się nie zmieniło, tutaj zatrzymał się czas.

Spoglądam ukradkiem na tatę i widzę małego chłopca, który w pobliskim Lesie Dioblina toczy wymyślone wojny. Widzę gałęzie czereśni nad ogrodzeniem sąsiada, uginające się pod ciężarem ciemnobordowych owoców. Widzę ziarenka słoniola przed drzwiami mieszkania Rubej, słonecznikowy szlak z łupinek dzielący chodnik na pół. Widzę wstęgę Brynicy, garby, doły i misy, oczka wodne, zapadliska, hałdy kopalniane. Widzę Kopiec Wyzwolenia, makrony i kokosanki, płot cmentarza, szyb górniczy, odpustowe stragany.

Może napiszesz o Piekarach?

Ostatni dzień października. Zapalamy znicz dla dziadków.

Dobrze, tato. Napiszę.


M.

Previous Post

You Might Also Like

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments