Zostałam białowłosym aniołkiem. Nigdy wcześniej nie farbowałam włosów – nigdy nawet nie używałam szamponetek i tego typu tymczasowym udziwnień – a mimo to, kiedy w agencji padło hasło „zmieniamy włosy na Sashę Luss”, zgodziłam się bez wahania. Zmiany pragnęłam od dawna, chodziło za mną ciągle farbowanie na jaśniejszy blond, ale sama nigdy nie zdecydowałabym się na tak drastyczną zmianę. No bo umówmy się – pierwsze farbowanie w życiu powinno przebiegać co najmniej łagodnie, przyzwyczaić nas do subtelnych zmian i stopniowo uzbrajać w odwagę do odważniejszego kreowania wizerunku.
Tymczasem moje ciemno-blond pasma znikały w zastraszającym tempie pod cuchnącym chemią mazidłem, nakładanym wprawną ręką fryzjera. Już po kilkunastu minutach mogłam z przerażeniem obserwować, jak naturalny kolor wycofuje się, ustępując miejsca nowemu. Włosy jaśniały z każdą chwilą, a ja nie mogłam już nic na to poradzić. Wypiłam więc kawę, zapaliłam papierosa i czekałam, aż na mojej głowie zakończy się prawdziwa rewolucja.
